Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 listopada 2010

Kto nie był w Kazbegi, zapraszam na wycieczkę, chociaż wirtualną
(a ci co byli, pewnie z chęcią powspominają):

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/kazbegi_obowiazkowo_zdjecia_z_gruzji_167040.html



PS. Przepraszam za brak łącza, ale coś mi nie działa.

wtorek, 2 listopada 2010

Jesienne klimaty


I nadeszła jesień... Piękna, wielobarwna, ze spadającymi liśćmi, chłodnymi rankami lecz słonecznymi dniami. Taka, jakiej chyba jeszcze nie przeżyłam. Bo nigdy pod koniec października nie brodziłam w jeziorze na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Moja ormiańska jesień była podróżnicza, w miłym towarzystwie, ze wspomnieniami, które pozostaną. Odwiedziłam nieznane dotąd tereny Armenii i Gruzji. W Armenii jestem ponad pół roku i mogę powiedzieć, że już ją trochę znam, geograficznie i kulturowo, w Gruzji byłam powtórnie. Wciąż nie mogę się zdecydować, który kraj bardziej mi się podoba.

Czy nadal prowincjonalna, ale niezwykle gościnna Armenia, która jest mi domem od kilku miesięcy czy o wiele bardziej zeuropeizowana Gruzja, gdzie bandy nastolatków, ubranych w „rurki” z wyprostowanymi, zaczesanymi na bok włoskami spotykają się przed wejściem do metra Rustaweli w Tbilisi niczym przed stacją Centrum w Warszawie?
W Tbilisi można poczuć się jak w typowo zachodnim mieście. Pośpiech w metrze i na ulicach, znane marki i drogie knajpy (w niektórych nie można nawet znaleźć gruzińskiego piwa, tylko jakiś heineken i inny löwenbräu).



Widać, że Gruzja ciągnie do Europy. Świadczy o tym widoczna, zaraz obok gruzińskiej, unijna flaga powiewająca przy każdym niemal ministerstwie. Ubrani według najnowszych, zachodnich trendów młodzi ludzie są pewni siebie, nawet zuchwali, nie widać kompleksów na ich twarzach.





O wiele częściej niż w Armenii mówią po angielsku. W końcu od kilku lat trwa tam program rządowy, który zakładał sprowadzenie do kraju tysiąca dwustu obcokrajowców, którzy w gruzińskich szkołach mieli nauczać dzisiejszego lingua franca. Oczywiście te zmiany w największym stopniu dotyczą stolicy. Każda stolica świata zmienia się najszybciej, chłonąc te dobre jak i mniej pozytywne cechy globalizacji. A jednak leżąca nieopodal inna stolica – Erywań, chociaż także ewoluuje, ma wciąż specyficzny charakter.


W Armenii bardziej niż w Gruzji czuć postkomunistyczny klimat. Dla pań – szpilki i ostry makijaż, a dla panów buty z czubami i święcący garnitur, niekiedy jeszcze białe skarpetki – to zestaw obowiązkowy. Po stołecznych ulicach mkną bentleye, a nieco dalej już łady. Ludzie mówią: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Młodzież zna tylko jeden kierunek wyjazdu: USA. Mimo to, większość społeczna (i rządowa) woli „współpracować” z Rosją. Pewnie według zasady: wróg, ale swój.
Oba kraje łączy jednak geografia. Istnieje jeszcze wiele nieodkrytych i nieskomercjalizowanych zakątków na łonie natury. W wielu miejscach przy tzw. atrakcjach turystycznych można rozstawić namiot i nikt nie będzie robił problemu, ba! Jeszcze zaprosi, aby wypić za polsko-gruzińską przyjaźń tudzież za ormiańską i polską trudną historię.



Europa czy Azja? Azja czy Europa? Wielu intelektualistów łamie nad tym głowy. Jeszcze nie Europa, ale już nie Azja. Po prostu Kaukaz! Wszystko tu jest takie.... różne, niejednoznaczne, przepych miesza się z biedą, wyrafinowana myśl społeczno-polityczna z prowincjonalnym, wąskim spojrzeniem na świat. Pomyślałam sobie, że Kaukaz jest trochę jak ..... Stany Zjednoczone. Nie chciałabym tam mieszkać, wiele rzeczy razi, zniechęca, odrzuca, a jednocześnie jest tam coś co sprawia, że chcemy wracać i czujemy się tam swobodnie.

Dokładnie za siedem tygodni wyląduję na warszawskim lotnisku. Tymczasem pozostało mi jeszcze trochę czasu, aby chłonąć atmosferę tego regionu świata, który już jest częścią mnie.

Po kolorowej jesieni śladu nie ma. Zaczęło padać.

sobota, 21 sierpnia 2010


Wpisy z Gruzji dedykuję wszystkim Internautom, którzy umieszczają w Sieci informacje o zwiedzanych krajach. Już nie raz pomogli mi w organizacji podróży.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Kierunek Gruzja


Przyszedł czas na małe wakacje. Ruszamy na północ: Asia, Patrycja, ja i pewien tajemniczy osobnik powszechnie znany jako Jack.

Do Gruzji odjeżdżamy z dworca Cilicia Bus Station przy Issakov Str. w Erewaniu. Bilety kosztują 6,500 AMD każdy. Najlepiej kupić z wyprzedzeniem. Jedziemy marszrutką o 8 rano, nawet się nie spóźnia. Siedzę wciśnięta między okno a Asię, tuż za kierowcą. Wiem, że nie minie pięć minut a zapali papierosa. W ogóle nie podoba mi się on. Wrzeszczy wkładając bagaże i zabrał nasze bilety. Dolna szczęka od połowy świeci złotem, podobnie jak serdeczny palec jego lewej ręki, na którym widnieje wystający sygnet. No cóż, z kierowcą tak jak z rodziną – nie wybiera się.

Marszrutka nie ma żadnym znamion transportu międzynarodowego, ot zwykła międzymiastowa - ciasna, brudna i duszna. Standard. Jedziemy. Zatrzymujemy się na przerwę gdzieś w okolicach Alaverdi na północy Armenii. Turecka (dziura-wa) toaleta i barak, w którym można kupić tzw. kebab czyli mielone mięso zawinięte w lavash (lokalny chleb w postaci dużego naleśnika). Można zjeść jak nie ma nic innego, ale zapach trochę odstrasza. Siadamy nad rzeką i patrzymy na góry z dala od sklepu. Patrycja wzbudziła tam duże zainteresowanie swoimi długimi dredami i wszystkie panie ekspedientki od razu zaczęły je dotykać. Już nie pierwszy raz ludzie wmawiali jej, że to nie są jej włosy, tylko coś innego, ale oni nie wiedzą co.

Granicę ormiańsko – gruzińską w Sadakhlo przechodzimy bez problemu. Polacy nie potrzebują wiz do Gruzji, więc uprzejmi celnicy robią tylko zdjęcie małą kamerką i rejestrują paszport. Marszrutka czeka po gruzińskiej stronie, a pasażerowie muszą przejść przez długi most nad rzeką Debed między obu państwami.

Już po kilku chwilach zauważamy, że Gruzini są przystojniejsi od Ormian;) Do Tbilisi jest jeszcze ponad godzinę drogi. Jedziemy przez wsie, mam wrażenie że jakoś tak swojsko, jakby w Polsce. W oddali widać niezbyt wysokie jeszcze w tym regionie góry.

Po ok. sześciu godzinach drogi z Erewania docieramy na Ortachala Bus Station w Tbilisi. Ledwie wysiadamy z samochodu dopada nas tłum taksówkarzy i proponuje oczywiście zawyżoną cenę za przejazd do centrum. W granicach miasta powinno się płacić jakieś 3-5 lari. Na dworcu wymieniamy ormiańskie dramy na gruzińskie lari. Polecam wymieniać pieniądze w centrum miasta, kurs jest korzystniejszy. Zaczepia nas starsza kobieta, która prosi o pieniądze. Nie wiemy jeszcze, że w Gruzji jest to powszechne. Faktycznie co chwilę podchodzi ktoś, prosi o drobne. Ludzie potrafią być w tym bardzo wytrwali. Po dłuższej chwili, kiedy kobieta nadal stoi obok nas Jack mówi do niej po polsku – Może sardynki? Po czym wyciąga puszkę z torby i jej podaje. Nie mam pojęcia skąd on wziął tę konserwę! Zadowolona kobieta wcale nie zostawia nas w spokoju tylko mówi do Patrycji, aby dała jej jeszcze jedną.

Docieramy do Hostelu Tbilisi, w którym wcześniej przez internet zrobiliśmy rezerwację. Ich strona w sieci zachęca to fakt, gorzej z realiami. Chcieli zrobić wyluzowane miejsce dla backpakerów, gdzie wszyscy czują się jak w wielkiej rodzinie podróżników. Prawie codziennie jest impreza, do której zachęca sam właściciel. Młody koleżka, dla którego prowadzenie hostelu jest sposobem, aby uzbierać pieniądze na podróż życia. Jeśli nie śpi to degustuje czaczę – gruzińską wódkę. Szkoda tylko, że o sprzątaniu wcale nie myśli i każdemu kto przyjeżdża wciska kit, że lodówka zepsuła się "dziś" i będzie naprawiona "jutro". W hostelu można poznać ludzi z całego świata, tym bardziej, że śpi się w wieloosobowych salach na piętrowych łóżkach. Jest darmowy internet. Najlepszym atutem hostelu jest lokalizacja, przy stacji metra Avlabari. Stąd do Starego Miasta jest spacerkiem jakieś dwadzieścia minut. Cena 20 lari za dobę od osoby w Hostelu Tbilisi to za dużo, zwłaszcza, że nie ma nawet czajnika, aby zrobić sobie herbatę. Następnym razem zatrzymam się chyba u sławnej Iriny przy metrze Marjanishvili.