Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armenia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 stycznia 2011

Każdy koniec jest początkiem...


Dziękuję wszystkim, którzy poprzez czytanie moich wpisów, towarzyszyli mi w czasie pobytu w Armenii. Nadszedł dla mnie koniec przygody z EVS. Jestem już w Polsce, jednak mam nadzieję, że ten blog nie umrze, że pozwoli dalej wyrażać moje myśli, z Polski oraz różnych zakątków świata.

Chcę także serdecznie podziękować warszawskiej Fundacji dla Wolności, która była moją organizacją wysyłającą. Dzięki świetnej organizacji i koordynacji projektu, mogłam skupić się na tym co było najważniejsze czyli na pracy z ludźmi.

W Nowym Roku życzę wszystkim wiele siły do spełniania swoich marzeń, do wychodzenia poza schematy, do realizacji siebie każdego dnia, a także wielu niezapomnianych, inspirujących, energetyzujących podróży.

sobota, 20 listopada 2010

"Nasi chłopcy nie palą"

W czwartek (18.11) byliśmy w Tegh. To rodzinna wieś Nune, naszej koordynatorki. Zresztą nie tylko jej. Prezydenta Armenii także. Ich ojcowie się przyjaźnili. Serż Sarkisjan urodził się wprawdzie w Stepanakercie, ale stąd wywodzi się jego rodzina. Teraz nadal utrzymuje tu dom. Ale ja nie o tym chciałam...

Pojechaliśmy do miejscowej szkoły zrobić prezentację. Była to bardzo ciekawa wizyta. Okazuje się, że na końcu świata jakim jest Tegh, to prawie już Górski Karabach, istnieje najszczęśliwsza szkoła w Armenii. No dobrze, może najszczęśliwsza jaką ja widziałam. Ale to drugie zdanie nie wyklucza pierwszego.

System edukacji w Armenii zakłada od niedawna dwanaście klas. Było jedenaście, ale ze względu na reformę w przyszłym roku będzie dwunasta klasa. W szkole uczy się stu osiemdziesięciu sześciu uczniów. Jest to niewielka wiejska szkoła, każdy rocznik ma jedną klasę.

- Każdego roku mamy ok. dwudziestu absolwentów – mówi Gjulnara Dżahangirjan, dyrektor szkoły. (Nie wymyśliłam tego! Ona naprawdę tak się nazywa!) Ubrana jest w czarną spódnicę, przylegającą do ciała bluzkę tego samego koloru, na środku której wystaje kokarda z plastikowym guzikiem. Pomarańczowa jak dynia marynarka rozjaśnia całość ubioru. – W poprzednim roku dwanaście osób poszło na studia wyższe - przedstawia sytuację pani dyrektor. Co jest obecnie popularnym kierunkiem studiów w Armenii? Uczniowie wybierają sławny w całym kraju Państwowy Uniwersytet Lingwistyczny im. Walerego Briusowa, medycynę czy ekonomię.

Siedzimy w gabinecie, który jest zapewne najładniejszym pomieszczeniem w całej szkole. Ścianę zdobi zdjęcie prezydenta, a na półkach poukładane są naręcza sztucznych, wielokolorowych kwiatów. Dostajemy mocną ormiańską kawę (espresso to przy tym niewinny soczek; sama się dziwię dlaczego nigdy nie odmawiam) i cukierki. Szefowa szkoły to kobieta o miłym usposobieniu, wcześniej uczyła ormiańskiego. Od dwudziestu pięciu lat pracuje w szkolnictwie, od dziesięciu szkoła jest pod jej opieką. Obecnie prowadzi lekcje psychologii. Nie są obowiązkowe, ale stwierdziła, że przyda się to uczniom. Myślę sobie, że jest tu lubiana.

- Nasi chłopcy nie palą – mówi z nieukrywaną dumą pani Gjulnara, jakby to było osiągnięcie równe co najmniej wygrania indeksu wyższej uczelni w ogólnokrajowej olimpiadzie przez każdego z nich. – Nie tylko nie palą oficjalnie. Oni wcale nie palą, nie ukrywają się – zapewnia nauczycielka i dodaje – Myślę, że jest to wyjątek na skalę kraju. Ma rację. Nie tylko w Armenii, ale i w całym regionie mężczyźni od wczesnych lat nastoletnich palą papierosy na potęgę. Nie wiem czy tak jest w każdym kraju biednym lub rozwijającym się, ale zauważam taką prawidłowość. Jakby to był jeden z niewielu luksusów, na który mogą sobie pozwolić. Wyczuwam w tym także element przynależności do grupy „poważnych, dorosłych mężczyzn”, którzy, aby takimi być muszą palić. Wszędzie! W całym tym „byciu poważnym” pomaga fakt, że papierosy są bajecznie tanie, nawet dla tutejszych. Paczka Marlboro kosztuje ok. 4 złotych. Ale to raczej wyższa półka, większość innych paczek jest tańsza.

Oczywiście palenie to zajęcie godne wyłącznie mężczyzn. Kobieta nie tylko nie powinna, ale nie może palić. Co z tego, że w domu jej ojciec, dwóch braci i wszyscy kuzyni wypuszczają w powietrze kłęby nikotynowego dymu. Jeśli którykolwiek z nich zobaczyłby ją z papierosem w ustach, miałaby zapewne wielką awanturę zakończoną zakazem wychodzenia z domu. Zresztą i tak nie miałaby już po co z domu wychodzić, bo żaden z kolegów jej braci czy kuzynów nie chciałby się z nią umówić. Palenie kobiet w Armenii to prosta droga do staropanieństwa. Tak, ten termin tutaj jeszcze funkcjonuje i ma się całkiem dobrze.

Ja, jako przedstawicielka Polski (w której ostatnio ku mojej radości wprowadzono zakaz palenia w miejscach publicznych) i niepalącej części społeczeństwa, rozumiem entuzjazm pani dyrektor i z uznaniem kiwam głową. Nie sądzę, abym jeszcze spotkała coś podobnego w tym kraju.

Zgadzam się, że tutejsi chłopcy to bohaterowie, ale czy tylko niepalenie przez nich papierosów sprawia, że cała szkoła jest taka szczęśliwa?

- Nasi uczniowie są bardzo zżyci z nauczycielami. Czy zauważyliście, że mamy tu młodą kadrę? – uśmiecha się nasza rozmówczyni. Faktycznie, wykładowcy to ludzi często młodsi ode mnie. Pani dyrektor zapewnia, że kontakt z młodzieżą jest rewelacyjny. – Gdy tylko przyjeżdżają na weekendy ze studiów, pierwsze co robią to przychodzą do szkoły. Zresztą wielu obecnych nauczycieli to nasi absolwenci – chwali się kobieta. To pomaga utrzymać szacunek do szkoły. Kiedy dzieciaki z Tegh wyjeżdżają na studia do Erywania, spotykają tam innych młodych, którzy jak to zwykle bywa, narzekają na „budę” i cieszą się, że już nikt ich nie zmusza, aby do niej chodzili. Wtedy uczniowie z Tegh dziwią się i przekonują, że ich szkoła jest super i że z chęcią wróciliby tam.

Szkoła nie wiele różni się od innych w regionie. Ściany wymagają gładzenia, malowania i czego tam trzeba, aby nadać im przyzwoity wygląd. Podłoga to niemalże sam beton. W klasach stoją stare ławki, skrzypiące drzwi się nie domykają. Przez wiele lat nie było zajęć wf-u. Dopiero niedawno powstała sala gimnastyczna. Szkoła napisała projekt, wygrała konkurs i dostała dofinansowanie. Spośród ponad dwustu szkół-kandydatów, wybrano dziesiątkę zwycięzców.

Wioska Tegh znajduje się tak blisko Karabachu, że wojnę sprzed szesnastu lat musiała czuć na własnej skórze, jak to się mówi. Istotnie, serie z karabinów przelatywały przez okna. - Lekcje nie zostały wstrzymane nawet na jeden dzień – mówi z satysfakcją pani dyrektor. – Były skracane, przerywane, ale ciągłość została zachowana - wspomina. Słucham tego i myślę, że ludzie w obliczu zagrożenia wykazują niewiarygodną wprost determinację wobec rzeczy, których często nie mają ochoty robić w normalnych warunkach.

Kiedy wychodzimy z budynku odprowadza nas spora grupa uczniów, nie spuszczając nas z oczu. W oknach widać zaciekawione naszą obecnością twarze.

Ta wizyta pozytywnie mnie nastroiła. Nawet senna, zdawać by się mogło, zapomniana wioska na południowym wschodzie Armenii może być przyczółkiem szczęścia. Ono jest rozpatrywane w wielu kategoriach. W większości krajów na świecie szczęście jest czymś innym niż nam, tzw. zachodnim społeczeństwom się wydaje.

Ruszamy spod szkoły, a nasza łada telepie się po wyboistej, pełnej dziur i kamieni drodze.

wtorek, 2 listopada 2010

Jesienne klimaty


I nadeszła jesień... Piękna, wielobarwna, ze spadającymi liśćmi, chłodnymi rankami lecz słonecznymi dniami. Taka, jakiej chyba jeszcze nie przeżyłam. Bo nigdy pod koniec października nie brodziłam w jeziorze na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Moja ormiańska jesień była podróżnicza, w miłym towarzystwie, ze wspomnieniami, które pozostaną. Odwiedziłam nieznane dotąd tereny Armenii i Gruzji. W Armenii jestem ponad pół roku i mogę powiedzieć, że już ją trochę znam, geograficznie i kulturowo, w Gruzji byłam powtórnie. Wciąż nie mogę się zdecydować, który kraj bardziej mi się podoba.

Czy nadal prowincjonalna, ale niezwykle gościnna Armenia, która jest mi domem od kilku miesięcy czy o wiele bardziej zeuropeizowana Gruzja, gdzie bandy nastolatków, ubranych w „rurki” z wyprostowanymi, zaczesanymi na bok włoskami spotykają się przed wejściem do metra Rustaweli w Tbilisi niczym przed stacją Centrum w Warszawie?
W Tbilisi można poczuć się jak w typowo zachodnim mieście. Pośpiech w metrze i na ulicach, znane marki i drogie knajpy (w niektórych nie można nawet znaleźć gruzińskiego piwa, tylko jakiś heineken i inny löwenbräu).



Widać, że Gruzja ciągnie do Europy. Świadczy o tym widoczna, zaraz obok gruzińskiej, unijna flaga powiewająca przy każdym niemal ministerstwie. Ubrani według najnowszych, zachodnich trendów młodzi ludzie są pewni siebie, nawet zuchwali, nie widać kompleksów na ich twarzach.





O wiele częściej niż w Armenii mówią po angielsku. W końcu od kilku lat trwa tam program rządowy, który zakładał sprowadzenie do kraju tysiąca dwustu obcokrajowców, którzy w gruzińskich szkołach mieli nauczać dzisiejszego lingua franca. Oczywiście te zmiany w największym stopniu dotyczą stolicy. Każda stolica świata zmienia się najszybciej, chłonąc te dobre jak i mniej pozytywne cechy globalizacji. A jednak leżąca nieopodal inna stolica – Erywań, chociaż także ewoluuje, ma wciąż specyficzny charakter.


W Armenii bardziej niż w Gruzji czuć postkomunistyczny klimat. Dla pań – szpilki i ostry makijaż, a dla panów buty z czubami i święcący garnitur, niekiedy jeszcze białe skarpetki – to zestaw obowiązkowy. Po stołecznych ulicach mkną bentleye, a nieco dalej już łady. Ludzie mówią: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Młodzież zna tylko jeden kierunek wyjazdu: USA. Mimo to, większość społeczna (i rządowa) woli „współpracować” z Rosją. Pewnie według zasady: wróg, ale swój.
Oba kraje łączy jednak geografia. Istnieje jeszcze wiele nieodkrytych i nieskomercjalizowanych zakątków na łonie natury. W wielu miejscach przy tzw. atrakcjach turystycznych można rozstawić namiot i nikt nie będzie robił problemu, ba! Jeszcze zaprosi, aby wypić za polsko-gruzińską przyjaźń tudzież za ormiańską i polską trudną historię.



Europa czy Azja? Azja czy Europa? Wielu intelektualistów łamie nad tym głowy. Jeszcze nie Europa, ale już nie Azja. Po prostu Kaukaz! Wszystko tu jest takie.... różne, niejednoznaczne, przepych miesza się z biedą, wyrafinowana myśl społeczno-polityczna z prowincjonalnym, wąskim spojrzeniem na świat. Pomyślałam sobie, że Kaukaz jest trochę jak ..... Stany Zjednoczone. Nie chciałabym tam mieszkać, wiele rzeczy razi, zniechęca, odrzuca, a jednocześnie jest tam coś co sprawia, że chcemy wracać i czujemy się tam swobodnie.

Dokładnie za siedem tygodni wyląduję na warszawskim lotnisku. Tymczasem pozostało mi jeszcze trochę czasu, aby chłonąć atmosferę tego regionu świata, który już jest częścią mnie.

Po kolorowej jesieni śladu nie ma. Zaczęło padać.

czwartek, 23 września 2010

Zaproszenie


Tteni Organization ma zaszczyt zaprosić na debiut fotograficzny Anny Rosińskiej.
Wernisaż wystawy odbędzie się dnia 29 września o godzinie 18 w siedzibie Organizacji w Goris (Armenia). Uprasza się uprzejmie o powiadomienie rodziny, przyjaciół, sąsiadów i wszystkich ludzi dobrej woli, którzy zainteresowani są tematem Maroka i kultury islamu.
Wstęp wolny.

;)

poniedziałek, 19 lipca 2010

Nic nie jest oczywiste...


W weekend odbyło się spotkanie (midterm evaluation), które jest przewidziane w trakcie trwania każdego EVSu. Jest to tzw. ocena połowy projektu. Spotyka się międzynarodowa grupa wolontariuszy, aby zastanowić się nad ich pobytem w nowym kraju, nad ich pracą, nad relacjami z tubylcami.

Zdecydowałem się pojechać na EVS ponieważ...
Tutaj odkryłem, że...
Nauczyłem się być...
Wyzwania przed którymi staję to...
Czy realizuję mój projekt zgodnie z planem...
Uważam, że praca z Ormianami...
Odbywam EVS w kraju, gdzie...

Te jak i inne pytanie dotyczące naszego pobytu w Armenii były rozpatrywane. Dzielenie się refleksjami to część spotkania. Można wtedy przekonać się, że w swoich odczuciach nie jesteśmy osamotnieni. Każdy ma coś, co poszło nie tak, struktura i kultura pracy jest inna niż w naszych krajach i często rodzi problemy. Był czas na osobiste przemyślenia oraz na pracę w grupach. Przyjazna atmosfera zachęcała do szczerych wypowiedzi, ponieważ cała ormiańsko-francusko-polska grupa znała się już wcześniej.

Wielu młodych ludzi wybierających się na Wolontariat Europejski, oprócz korzyści oczywistych jak nauka języka czy poznanie innego kraju, ma także swój osobisty cel. - Chciałam zrobić coś kompletnie innego od mojego dotychczasowego życia. Wcześniej nie miałam pojęcia o Armenii, dlatego wybrałam ten kraj. I stwierdziłam, że to jest dobry czas. Było to duże wyzwanie, ale ja szukam wyzwań w życiu. Mogę powiedzieć, że tutaj odkryłam siebie. Już wiem co chcę robić, a czego nie chcę robić w życiu – opowiada Constance, na stałe mieszkająca w Paryżu. Obecnie pracuje w Erewaniu nad projektem kulturowym. - Pojechałam na EVS, aby zobaczyć w czym jestem dobra, a co mogę jeszcze udoskonalić – zdradza swoje motywacje Asia. Nigdy wcześniej nie myślała, że jest w stanie prowadzić lekcje z języka angielskiego. Do tej pory idzie jej całkiem dobrze.

Czego uczy EVS? Wielu spraw, jeśli tylko chce się je dostrzec. Asia stwierdziła, że nie warto przejmować się rzeczami, które są mało ważne. Natomiast otoczenie innego sposobu myślenia skłania ją do tego, aby ograniczyć słowa krytyki wobec rzeczy, które ją dziwią – Staram się bardziej zrozumieć, niż oceniać – wyznaje.

EVS uczy jak być asertywnym, czasem upartym w realizacji swoich pomysłów, w codziennej pracy. Trzeba jasno mówić, czego się chce bo nikt inny tego nie wie, a już na pewno za nas o to nie poprosi. Przebywanie w innym kręgu kulturowym to także nauka cierpliwości, tego, że nie można mieć wszystkiego od razu, że na rezultaty swojej pracy trzeba często czekać. Dla nas – ludzi z Europy gdzie tendencją jest, aby mieć wszystko „na już” to dobra lekcja.

Wolontariat Europejski to taki czas, kiedy krystalizują się pewne poglądy. Przebywając długo w innym kraju wyraźniej dostrzegamy swoją narodową tożsamość, czasem bardziej ją doceniamy, a na pewno nie pozostajemy obojętnymi wobec tego zagadnienia. - Kiedy wcześniej ludzie mówili mi, że fajnie mam bo pochodzę z Europy, potwierdzałem to, ale tak naprawdę tego nie rozumiałem, wiele rzeczy było dla mnie oczywistych – mówi Juliane, który przyjechał na EVS min. po to, aby skonfrontować siebie z odmienną rzeczywistością. – Jestem wolontariuszem w postsowieckim kraju, gdzie wielu ludzi nie ma pracy i są zniechęceni, zdemotywowani przez mafijny system, który ich otacza. Będąc tutaj zrozumiałem, jakim szczęściarzem jestem dlatego, że urodziłem się we Francji.

W obliczu „obcego” ludzie zastanawiają się kim są, jak żyją, jak wygląda ich życie w porównaniu z innymi. - Armenia jest krajem, gdzie bardzo liczą się więzy rodzinne. Moja rodzina daleka jest od tego modelu. Tutaj zobaczyłam, że rodzina może funkcjonować normalnie, że to działa. Dobrze, że mogę tego doświadczyć – wyznaje Constance.

Nie dwa czy trzy, ale osiem lub dwanaście miesięcy spędzone w innym kraju to czas kiedy możemy się przekonać o skali swojej tolerancji, możliwościach adaptacyjnych, jak bardzo różny od naszego jest otaczający nas świat, czy nam się on podoba czy raczej męczy w dłuższej perspektywie. Ponieważ nic nie jest bez znaczenia, nic nie jest oczywiste. - Tutaj odkryłam, że wszystko może być różnie rozumiane. Poranne bieganie, sposób ubieranie się, to czy kobieta pali papierosa na ulicy. Wszystko może mówić kompletnie coś innego niż do tej pory sądziliśmy – zauważa Asia.

Midterm evaluation organizowane jest zazwyczaj w ciekawych miejscach w danym kraju, aby umożliwić wolontariuszom poznanie regionu. My pojechaliśmy do Caghkadzor, godzina drogi na wschód od Erewania. To tutaj ćwiczyła dzielna, radziecka kadra olimpijska. Obecnie jest to największy ośrodek sportów zimowych w Armenii. Przeciętnego Ormianina nie stać jednak, aby pojechać tam nawet latem. Jak mówią tubylcy: zwykli Ormianie jeżdżą na wakacje do Turcji lub Gruzji, a ci nieliczni co mają pieniądze zostają w kraju.

A jak ja oceniam dotychczasowy pobyt w Armenii? To szkoła życia. Czasem naprawdę nie jest łatwo. Pewne jest jednak to, że jeśli dotrwamy do końca projektu, będziemy silniejsi, może mądrzejsi, bo jak wiadomo, co nas nie zabije, to nas wzmocni.

sobota, 3 lipca 2010

Lasty Hut


Wstałyśmy z Asią przed siódmą. Cel: Lasty Hut. Szczyt, który góruje nad miastem, a który nie dawał nam spokoju od kiedy tu przyjechałyśmy. Wygląda jak piramida schodkowa, porośnięta trawą z wierzchołkiem płaskim niczym stół. My nie musimy iść „w góry”, bo jesteśmy w samym ich sercu, także odpada tzw. droga na szlak. Po około godzinie stałyśmy na górze. Pomachałyśmy Patrycji, która przyszła uprawiać poranny jogging na tzw. „śmietnik” (droga na skraju przepaści, gdzie w dole płynie rzeka; ładny widok na góry, ale wszędzie pełno śmieci). Z Lasty Hut widać całe Goris. Kształt prostokąta, równiutkie ulice, a przy nich prawie identyczne dachy domów, wszystko przeplatane zielenią.
Na tym miała zakończyć się nasza wyprawa. Zachęcone jednak wspaniałymi widokami, postanowiłyśmy zdobyć kolejną górę na horyzoncie. Nazwałyśmy ją „Shitty mountain”, a dlaczego...?



Tutaj drogi w górach, jeśli w ogóle są, mają postać małych ścieżek wydeptanych przez pasterzy i ich zwierzęta. Okazało się, że na szczycie wybranej przez nas góry jest.....stajnia pod gołym niebem. Nie zamierzałyśmy spędzać tam wiele czasu ze względu na zapachy. Asia chciała tylko zobaczyć jak wygląda zbocze góry. Stwierdziwszy, że przepaść jest spora i nie dałoby się wejść z innej strony, wracała w moim kierunku. Nagle zobaczyłam ją jak ląduje na miękkich krowich plackach. Usłyszałam wiązankę siarczystych polskich słów. Jej mina była mieszaniną obrzydzenia, maksymalnej irytacji, złości na siebie i litości nad własną niezdarnością. Trzeba było zdjąć różowe spodenki, aby choć trochę pozbyć się zielono-brązowej mazi. Gdyby wtedy któryś z pasterzy miał coś na kształt lornetki, mógłby podziwiać zgrabne, asine wdzięki. Nie sądzę, aby kiedykolwiek góry w Goris widziały podobną sytuację: zniesmaczona swoim upadkiem Polka siedzi półnaga na szczycie góry i wyciera z siebie krowie "błoto". Ostatecznie udało się Asię jakoś ogarnąć:) (Tekst zamieszczony za zgodą bohaterki zdarzenia).


Jak się okazało, moja towarzyszka należy do wytrawnych piechurów i owa przygoda nie zniechęciła jej do dalszej wędrówki. Kolejna góra okazała się prawdziwym wyzwaniem. Na pierwszy rzut oka wygląda jak pnąca się w górę polana, porośnięta kwiatami. Teraz znamy już inne podejście, a raczej podjazd na ową górę. My jednak zdobywałyśmy ją brodząc w trawach i górskiej roślinności, po jakiejkolwiek ścieżce nie było śladu. Wspinając się miałyśmy wrażenie, że jesteśmy z dala od wszelkiej cywilizacji. Towarzyszył nam śpiew ptaków i górskie horyzonty. Szczyt przywitał nas niespodziewaną lokalizacją. Byłyśmy z drugiej strony Goris, w pobliżu drogi do Górnego Karabachu. Kilka metrów poniżej samego szczytu stał kamienny stolik z okręcanym blatem. Trochę zmęczone, ale dumne z siebie, zjadłyśmy tam drugie śniadanie. Ponieważ nie chciałyśmy wracać tą samą drogą, a czasu było dosyć stwierdziłyśmy, że idziemy dalej. Wybrałyśmy widoczną przed nami górę, na szczycie której stał budynek z antenami. Zdobywanie stacji zajęło nam ok. czterdziestu pięciu minut. Idąc miałyśmy nadzieję, że może tam wysoko spotkamy jakiś miłych gospodarzy, którzy poczęstują nas choćby herbatą. Gospodarze owszem byli i nawet uprzejmości nie można im odmówić, jednak niekoniecznie miałyśmy ochotę z nimi pić cokolwiek. Stacją opiekowali się żołnierze i lokalni specjaliści od obsługi telewizyjnej. Mimo wielokrotnie ponawianych z ich strony zaproszeń, zrobiłyśmy tylko kilka zdjęć i bez zwłoki ruszyłyśmy na dół. Zastanawiam się z czym można porównać ich zdziwienie. Gdzieś na wschodzie Armenii, przy granicy z Górnym Karabachem, na szczycie góry, gdzie nikt bez potrzeby nie przybywa, a tych co przybywają można zapewne policzyć na palcach, nagle pojawiają się dwie młode kobiety. I do tego zagraniczne! Warto dodać, że służba wojskowa w Armenii jest obowiązkowa i trwa dwa lata, a żołnierze tylko kilka razy w ciągu tego czasu mają szansę wrócić "do świata".


Trzeba było zakończyć wędrówkę. Do Goris było już z górki. Szosa M-12 jest to krajowa droga łącząca Karabach z Armenią. Nawiasem mówiąc została sfinansowana przez diasporę ormiańską w USA.
Nasza wyprawa nie była długa, trwała ok. sześciu godzin. Nie chodzi tu jednak o ilość. Każda, choćby najkrótsza wycieczka jest źródłem wiedzy i powodem do radości.