”Oskarżone Anna R. i Kaja K. 26 września b.r. nie zważając na innych podróżnych, „za nic mając wiatru szpony”, zdobyły wierzchołek Aragacu. W spisku pomagali im Tatul D. i Igor X. którzy z poszanowaniem piękna otaczającej ich przyrody, prowadzili je na szczyt. Czyn powszechnie znany jako zagrażający życiu i zdrowiu, grozi utratą dystansu do swoich planów, wiarą graniczącą z pewnością, że grunt to dobra organizacja i nieuleczalną chorobą krajoznawczą, objawiającą się poczuciem wysokiego niedoboru wspaniałych widoków. Oskarżone bez śladu jakichkolwiek wyrzutów sumienia i niewzruszoną postawą przyznają się do winy.”
;)
Ostatnia niedziela była zwieńczeniem moich dawno wymyślonych planów w Armenii. Aragac - wygasły wulkan jest najwyższym szczytem na terytorium dzisiejszej Armenii.
Legenda mówi, że dwie siostrzane góry, Aragac i Ararat*, pokłóciły się o to, która jest piękniejsza. Od tego momentu na szczycie Araratu nie może stanąć ludzka stopa, a na stoku Aragacu powstało jezioro łez. Kari Licz na wysokości 3190 m n.p.m. jest najwyżej położonym jeziorem w Armenii.
Wokoło widnieją mieniące się fioletowymi, żółtymi, szarymi czy jasnoróżowymi barwami stoki wulkanu. Po dojechaniu do jeziora i narzuceniu na siebie ciepłych ubrań, ruszyliśmy w górę. Na wysokości jeziora i nieco wyżej są łąki, które wiosną przykrywają dywany kolorowych kwiatów. Z każdym metrem kamieni jest coraz więcej, aby u szczytu wspinać się już tylko po wielkich głazach.
Osiągnięty przez nas szczyt był najniższym z czterech wierzchołków wulkanu, z których najwyższy dochodzi do 4090 m n.p.m. Dotarcie na wysokość 3879 m n.p.m. uważam jednak za pewne osiągnięcie. Być może na kolejne partie przyjdzie kiedyś czas...
Szczyt jest płaski i dość rozległy. Stoją tam wieżyczki z kamieni i ślady wcześniejszych zdobywców w postaci „strachów na wróble” zrobionych z patyków i kamieni, a ubranych w zapisane markerami koszulki.
Można „zajrzeć” do krateru wulkanu, a jego najwyższy wierzchołek z żółtobrązowymi ścianami, przyprószony już śniegiem to widok, dla którego warto było się wspiąć.
Od przeszywającego wiatru schroniliśmy się w ułożonej z kamieni „twierdzy” mającej za dach kilka drewnianych belek, gdzie z trudem mieści się cztery osób.
Ser z ormiańskim chlebem, a na deser słodzone mleko i chaczapuri (ciasto francuskie wypełnione słonym serem – wersja ormiańska, a nie gruzińska) były nagrodą za niezbyt długą, ale jednak męczącą wspinaczkę.
Droga w dół choć szybsza, pozornie tylko wydawała się łatwiejsza. Trzeba było uważać, aby nie pośliznąć się na roztapiającym się w słońcu śniegu. Schodziliśmy, starając się zapamiętać wspaniałe widoki dookoła. Kiedy docieraliśmy do Erewania było już całkiem ciemno. Zakończył się właśnie dobrze spędzony, aktywny weekend.
*Ararat jest narodowym symbolem Armenii. Niemal każde ormiańskie dziecko umieszcza ten szczyt na obrazku, rysując lokalny krajobraz, mimo że góra o wysokości 5137 m n.p.m. znajduje się dziś na terytorium Turcji.
Tylko pozazdrościć... pozazdrościć :)
OdpowiedzUsuńNo i nareszcie zdjęcia, na których widać Autorkę blogu :) a to wiele znaczy, gdy dzielą nas setki ... wiele setek... kilometrów :)
pozdrawiam :)
pa